Instytut Educatio Domestica

Możliwość wsparcia działań Instytutu Educatio Domestica: 73 8682 0004 0031 0066 2000 0010

      Zapraszamy Państwa do współpracy!

Więcej tutaj: Kontakt

08.08.2019 r.

Słów kilka o „rejonizacji” w edukacji domowej

czyli o przywiązaniu chłopa (czytaj: ucznia edukacji domowej) do ziemi

Politycy są tak zaabsorbowani bieżącymi sprawami, oczywiście zawsze w ich odniesieniu do generalnej strategii ich własnych partii, że trzeba im nieustannie przypominać o takich faktach, które dla niektórych ich wyborców są akurat ważne i ponadczasowe, inaczej mówić będą tymże wyborcom, jak to miała w zwyczaju królowa Bona: Molto bene, molto bene!
 
Wiedzcie zatem, o politycy, iż rodziny edukacji domowej ciągle doświadczają problemów z wprowadzoną przez Minister Annę Zalewską, sowieckim obyczajem, „wojewódzką rejonizacją” [art. 37. ust. 2. pkt 1)].
 
Ilekroć MEN publicznie (także wobec Sejmu) wypowiadało się w tej kwestii, to ciągle podkreślało, że kwestionowany tu zapis „wiąże się bezpośrednio z potrzebami zgłaszanymi przez rodziców w zakresie możliwości korzystania z pomocy szkoły”. Owe „zgłoszenia” to efekt nieszczęsnych zabiegów okołosubwencyjnych tzw. grupy roboczej, z którą MEN pozorował współpracę, by ją ostatecznie niecnie oszukać.
 
Niech po raz kolejny przemówią więc fakty (co do których groźby zaistnienia sam uprzedzałem, zanim mleko się rozlało), według doniesień z terytorium naszego kraju:
 
Wiele rodzin z kilkorgiem dzieci ma kłopoty z powodu konieczności współpracy z kilkoma szkołami jednocześnie. Dzieci „sprzed ustawy” mogą dalej być zapisane do dowolnej szkoły w kraju (choć wyłącznie do końca danego cyklu kształcenia), podczas kiedy dzieci objęte aktualnie obowiązującą, „reformatorską” ustawą jedynie do szkoły w obrębie własnego województwa. Taki stan rzeczy generuje nie tylko problemy z transportem okołoegzaminacyjnym (nie daj Bóg, żeby egzaminy wypadły w kolejnych szkołach równocześnie!), ale także z resztą edukacyjnodomowej logistyki, bo wskutek braku jakichkolwiek regulacji różne są „zasady gry” w różnych szkołach. Osobną jest sytuacja, w której szkoła z sąsiedniego województwa leży bliżej, niż wszystkie dostępne we własnym województwie, a pomimo twierdzenia MEN, że „zezwolenie” na edukację domową można uzyskać z każdej szkoły, prawda jest zupełnie inna. Szkoły, szczególnie zaś szkoły publiczne, nie uzyskujące żadnych korzyści ze współpracy z rodzinami edukacji domowej, a mające z tym tylko formalno-organizacyjny kłopot, wcale się do tego nie palą.
 
W większej części województw brak szkół (szczególnie na etapie szkoły średniej!), które mają doświadczenie we współpracy z edukatorami domowymi. Owo doświadczenie to sprawa kardynalna, ponieważ szkoły-nowicjusze nie radzą sobie sprawnie z organizacją takiej współpracy, m.in. z rodzinami z dziećmi ze specjalnymi potrzebami. W dodatku rodzice z małych wspólnot religijnych nie mogą podejmować współpracy z preferowanymi przez siebie szkołami, bo te … leżą w innym województwie.
 
Rejonizacja powoduje również kłopoty w uzyskaniu opinii publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej - a tylko taka może ją wydać - niezbędnej w procedurze formalnej wobec dyrektora szkoły. Poradnia „rejonowa” dla miejsca zamieszkania ucznia bywa, że nie chce go przyjąć, bo ów „nie uczęszcza” do szkoły na jej terenie, podobnie jak poradnia z terenu, na którym leży wybrana przez rodziców szkoła do współpracy w zakresie edukacji domowej, do której też faktycznie „nie uczęszcza”. To, że zdaniem MEN uczeń edukacji domowej „uczęszcza”, mimo iż fizycznie „nie uczęszcza”, poradników obchodzić nie musi. A już powszechnym problemem jest trudność w uzyskaniu, najczęściej kilkukrotnych, „audiencji” w poradni, co odwleka w czasie, niekiedy o kilka miesięcy, uzyskanie wymaganego dokumentu.
 
Zbijmy także argumentację MEN, że w przypadku tej zmiany mamy do czynienia z prawdziwym błogosławieństwem ze strony państwa. Domniemane korzyści ze współpracy ze szkołą z terenu województwa zamieszkania są dla niemal wszystkich rodzin, podejmujących taką współpracę, zwyczajnie nieosiągalne, w części zaś możliwe do realizacji równie dobrze „zdalnie”, jak na edukację domową przystało.
 
Z czysto praktycznego względu - bo i w ramach „własnego” województwa odległość domu od szkoły można liczyć w setkach kilometrów, a choćby i nawet było to „zaledwie” kilkadziesiąt kilometrów – niemożliwym jest, nawet doraźne, korzystanie ze wskazanych ustawowym przepisem dobrodziejstw zajęć dodatkowych, rewalidacyjnych czy rozwijających, realizowanych w siedzibie szkoły, a także z dostępu do pomocy dydaktycznych, jakimi dysponuje szkoła.
 
Korzystanie, z kolei, z pomocy psychologiczno-pedagogicznej, doradztwa zawodowego i okołoegzaminacyjnych konsultacji, jakich udziela uczniowi w potrzebie dana szkoła, równie dobrze niż na miejscu może być realizowane za pośrednictwem elektronicznych mediów. Podręczniki i materiały ćwiczeniowe szkoła wypożycza lub udostępnia uczniowi za pomocą „poczty”. Gdzież tu zatem kłopot z pozawojewódzką odległością szkoły od rodzinnego domu ucznia?!
 
Tak wyglądają powszednie realia edukacji domowej po ustawowej „dobrej zmianie”!
U podstaw tego wszystkiego mamy jeszcze jednak do czynienia z kwestią fundamentalną: z prawem, które nie jest sprawiedliwe! Wielorakiej negatywnej dyskryminacji doznają w zakresie edukacji domowej rodzice i uczniowie nie tylko ze względu na miejsce zamieszkania, specjalne potrzeby czy przynależność do małych grup religijnych, ale i generalnie z powodu woli korzystania z tej całkowicie przecież legalnej formy spełniania wszystkich obowiązków edukacyjnych w naszym kraju. Takiego traktowania zabrania, jaką by nie była ułomną, Konstytucja RP (Art. 32.).
 
Może czas, by rządzący zwrócili na to swoją uwagę?!
 
prof. UAM dr hab. Marek Budajczak